Droga do siebie

Opublikowano w 28 stycznia 2026 22:53

         Każdy z nas na start dostaje co innego, inne warunki życia, inny status, kraj, religię, kolor skóry. Jednak jedną z rzeczy, która nas łączy jest wolna wola. I to dzięki niej możemy dokonywać wyborów idąc drogą przeznaczenia. Tak, to może się ze sobą łączyć. Bo przeznaczenie istnieje, ale to, jak przez nie przejdziemy zależy już tylko od nas. Dzięki wolności wyboru możemy wpływać na nasze postrzeganie zdarzeń, które dla jednych są katastrofą, a dla innych mogą być szansą.   

       Kiedy jakiś czas temu dotknęło mnie coś, co zmieniło moje spojrzenie na świat, nie wiedziałam, że będzie mi tak trudno poskładać siebie na nowo. Szczerze mówiąc liczyłam na to, że pójdzie szybciej i prościej. Patrzyłam jak niektórzy ludzie w ciągu kilku tygodni stają na nogi, zmieniają swoje przekonania, obiekty zainteresowań i żyją dalej jakby nigdy nic. Po moim świecie zostały tylko zgliszcza. Zero nadziei, planu, wiary, że będzie dobrze. Chyba gdzieś w środku przeczuwałam, że wcale tak łatwo mi nie będzie i tak szybko mi nie pójdzie. I miałam rację. Z dnia na dzień straciłam wszystko, co wydawało mi się, na tamten moment, było fundamentem mojego życia. W sensie materialnym i emocjonalnym. Kiedy zdarzają się nam trudne momenty, wszystkie racjonalne porady z zewnątrz nie mają dla nas sensu. Bo wraz z utratą czegoś, co wydawało się być stałe tracimy swoją tożsamość, zaufanie do ludzi a jednocześnie jesteśmy zmuszeni do funkcjonowania w świecie, który nie zmieni dla nas swoich zasad. Każda trauma zostawia w nas ślad. Zmieniamy się my sami, szukamy rozwiązań w chaosie, na który nikt nas wcześniej nie przygotował. Wciąż ciąży na nas obowiązek przetrwania swojego i osób, za które jesteśmy odpowiedzialni, a my nawet nie wiemy od czego zacząć sprzątanie bałaganu z poprzedniego życia. Teraz już wiem, że to, co uznawałam za fundament wcale nim nie było i prędzej czy później musiało runąć. A doświadczenie wstrząsu przyspieszyło zrozumienie czegoś, nad czym nigdy wcześniej się nie zastanawiałam.

         W wir społeczeństwa zostajemy wciągnięci już w szkole podstawowej. Tam pamięć uczuciowa rozpoczyna nowe doświadczenie, spotyka się z warunkami innymi niż znane nam dotychczas z domowych obserwacji. Jedno jest pewne – nienawidziłam szkoły. Traktowałam ją jak przymusowy obóz, gdzie musztruje się dzieci i gra na poczuciu ich wartości. Od początku do końca była to dla mnie trauma codziennego stania na baczność pod czujną obserwacją nauczycieli, którzy, nie wiedzieć czemu, myślą, że mają władzę nad dziećmi.  A ja nie czułam potrzeby tańczenia jak mi zagrają, myślenia w sposób schematyczny. Wprost przeciwnie, czułam ogromny dyskomfort nauki i maszerowania w jednakowym tempie co inni. Dla przykładu, mój syn jako czterolatek mnożył trzycyfrowe liczby w pamięci, miał prawdziwe pojęcie o znaczeniu liczb i nie uczył się ich na przysłowiową blachę. Kiedy poszedł do szkoły podstawowej nagle okazało się, że zwykłe dodawanie zaczęło mu sprawiać trudność. Czemu? Bo był zmuszony przeprogramować swoje myślenie w rezultacie cofnąć się w rozwoju. Tak zabijamy w dzieciach ich wrodzone predyspozycje. Myśląc schematycznie marnujemy dane nam talenty. Sprawdza się więc powiedzenie "Idąc za tłumem nie dojdziemy dalej niż tłum" - najczęściej przypisywane Albertowi Einsteinowi. Pamiętam jak na studiach grupa psychologów przeprowadzała na nas test. Dostaliśmy kilka arkuszy z pytaniami, a jednym z zadań było domalowanie brakujących elementów do obrazka. Zauważyłam poza jego ramą około dwumilimetrową kreskę. To mógł być ślad z drukarki, jakie często zostawiają na papierze. Mimo to dorysowałam do tej kreski coś jeszcze. Po wynikach jedna z pań podeszła do mnie i powiedziała, że jako jedyna zauważyłam ten punkt i potraktowałam go jak część zadania. Pogratulowała mi. Byłam zaskoczona, że nikt poza mną tego nie zauważył. To jest właśnie wyjście poza schematy, to jest zauważenie czegoś czego inni mogą nie dostrzegać. Jednak wracając do systemowego nauczania... cóż.. nie bez powodu nazywa się "programem" nauczania. Już w starożytnej Sparcie dzieci wychowywane były w duchu dyscypliny i sprawności fizycznej. Wszystko po to, by od najmłodszych lat znały swoją rolę wojowników. Dzieci są bezbronne i ich słabość dorośli niejednokrotnie wykorzystują do swoich celów. Dlatego system uczy nas tylko i wyłącznie tego, co uznaje za przydatne do jego podtrzymania. Jednak muszę dodać jeszcze jedno. Każde społeczeństwo funkcjonuje na pewnych zasadach. Co do ich przejrzystości, wydajności i etyki nie będę się teraz wypowiadać. Natomiast na ten moment rozwoju naszej świadomości, odpowiedzialności za podtrzymanie całego systemu w dobrej kondycji, konieczne jest, żebyśmy w pewien sposób byli nauczeni nakazów i zakazów. Inaczej pogrążylibyśmy się w lenistwie, chaosie i braku sensu. W tym znaczeniu system, jaki by nie był, wspiera nasze codzienne funkcjonowanie w sposób przewidywalny i stabilny. Zapewniam Was, że jakby nagle się okazało, że nasz świat znosi władzę i nastaje coś w rodzaju demokratycznej samowolki to wpadlibyśmy w panikę. Dlatego, jeśli chcemy dokonać zmian, musimy liczyć się z tym, że zajmie to dużo czasu. Bo wielkie zmiany trzeba wprowadzać powoli by nie rozpadł się nasz kolektyw.

       Od czego zacząć? Chyba wszyscy znają powiedzenie, że "należy zaczynać od siebie". Nie jest to skierowanie przeciwko nam, to jedna prosta reguła, dzięki której można w ogóle zacząć zmianę i w dalszym etapie poruszyć czymś z zewnątrz. Nie pamiętam kto powiedział: "zobacz jak ciężko jest zmienić siebie, a zrozumiesz, że nie możesz zmienić kogoś". Wszyscy filozofowie, duchowi przywódcy zawsze mówili, żeby zwracać się do wewnątrz. Że Królestwo Boże jest w nas.  Bez względu na zewnętrzne okoliczności ma nas prowadzić wewnętrzna siła i mądrość, której pozostajemy wierni. Bo jesteśmy częścią całości, elementem układanki, kroplą wody w oceanie, choć wszystko to brzmi banalnie. A Ty, ja, wszyscy mamy wybór jakim przekonaniom pozostajemy wierni. Co wybieramy? Jaką przyszłość chcemy widzieć? Nasz świat jest dualny pod każdym względem. Mamy do wyboru dobro i zło, miłość i nienawiść, dzień i noc, prawdę i ignorancję, wdech i wydech i całą resztę, która składa się z jasnej i ciemnej strony. My sami składamy się z obu tych rzeczy. Zaprzeczanie temu jest absurdem. Czy więc możemy być dobrzy mając swoje czarne oblicze? Możemy, ale musimy najpierw uznać, że zachowujemy się nieidealnie, po drugie przyjrzeć się temu, z jaką częścią siebie mamy największy problem, a po trzecie, mając już tą wiedzę, świadomie dokonywać wyborów.  A wybory czasem nie są proste. Choć to właśnie ta droga otwiera nam drzwi do świata, w którym dowiadujemy się kim tak naprawdę jesteśmy i co stanowi kręgosłup naszego postępowania. Wybierajmy więc mądrze i odpowiedzialnie, krok po kroku.

        Wierzę w to, że wszystko co nas spotyka jest po coś. I że musi być pewien rodzaj odgórnej sprawiedliwości, miejsce, gdzie wszystko będzie każdemu dokładnie policzone. Inaczej musiałabym wierzyć, że jakiś szaleniec stworzył świat bez zasad i nikt nie ponosi konsekwencji za swoje decyzje. I myślę, że to nie świat jest zły, tylko ludzie zapomnieli o szacunku do człowieka, czyli do samych siebie także. Zawsze dużo obserwowałam, słuchałam i wyciągałam wnioski. W głośnych kłótniach, czy czułych gestach odnajdywałam nowe informacje. W ciszy między ludźmi także. Bo to tylko pozorna cisza. Tam pod czupryną zawsze dzieją się więcej. Poza tym, że wrażliwa ze mnie istota, cenię sobie poczucie humoru, uwielbiam się śmiać i rozśmieszać innych. To nie znudzi mi się nigdy, śmiech jest naturalnym zdrowym i bardzo pożytecznym odruchem. Staram się kierować rozmowę na milsze tematy. Ciekawi mnie, co ludzie mają sobie pozytywnego do powiedzenia, co mogą zrobić konstruktywnego i fascynującego ze swoim życiem, a powierzchowny small talk męczy moją głowę.

     Każdy z nas przechodzi przez trudne momenty. Życie weryfikuje naszą wierność wartościom i siłę ducha. Pamiętam chwile, kiedy nie widziałam potrzeby wstawania z łóżka. Pozwoliłam sobie na słabość przez jakiś czas. Myślałam, jak to kobieta, o wielu sprawach jednocześnie. Później doszło do mnie, że martwiąc się wszystkim naraz nie ruszę do przodu z niczym. W takich chwilach nauczyłam się zaczynać od prostych rzeczy. Dawać sobie małe zadania. Mówiłam do siebie "OK, teraz czujesz się źle, i nie musisz od razu przejmować władzy nad światem. Wystarczy jak wstaniesz i weźmiesz prysznic. To już jest jakiś plan!".  Zimny prysznic i aktywność fizyczna i zawsze pomagała mi wejść na właściwe tory. Chcę przez to powiedzieć, że całe życie składa się z takich małych kroków i małych decyzji, które z czasem rosną w siłę. Jeśli więc po wykonaniu jednej małej rzeczy spojrzysz wieczorem w lustro i powiesz do siebie "jestem zwycięzcą" - jesteś na dobrej drodze ;)

      Kiedy patrzę na siebie sprzed lat, mogę powiedzieć jedno - nie doceniałam samej siebie. Jako osoba mocno wrażliwa poznałam całą amplitudę emocji. Mimo, że tych dobrych uczuć na co dzień jest jak na lekarstwo to nie obwiniam innych za swoje samopoczucie. Pamiętam, że sama mogę tworzyć dobrą atmosferę i do tego jak najbardziej zachęcam. Ludzie dookoła nie muszą widzieć powodu dla którego czujesz się dobrze. Oni mają swój wybór. Wystarczy, że troszczysz się o swoje emocje i nie szkodzisz innym. I to już jest dużo. Budowa zewnętrznego i wewnętrznego spokoju trwała lata i jako samotnej kobiecie dała nieźle w kość. Ale za to uodporniła na pasożytów i naciągaczy. Oddzieliła moje pojęcie dobroci od naiwności. Wyostrzyła intelekt. Doceniłam moc śrubokręta, trytytytek i kleju na gorąco ;) W tym sensie każde trudne doświadczenie traktuję jako szansę na poznanie swoich granic i test na odwagę bycia sobą.

 

                 "Życie to nieustanny proces obróbki psychicznej".

                                                                                                                                     Krzysztof Jackowski

 

Bądźcie dla siebie dobrzy.

Katarzyna